Wywiad z Panem Arkadiuszem Oleksakiem
Arkadiusz Oleksak – działacz Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo–Wschodnich Oddział Namysłów. Redaktor czasopisma ,,Namysłowskie Spotkania Kresowe”. Współorganizator Sztafety Przyjaźni Namysłów-Lwów. Organizator pierwszego memoriału im. Michała Stadniczuka. Zawodowo był komendantem namysłowskiej Straży Miejskiej. Obecnie jest pracownikiem Izby Regionalnej w Namysłowie. W ostatnich latach przeprowadza wywiady z ludźmi, którzy w okresie międzywojennym zamieszkiwali wschodnie tereny II Rzeczypospolitej, a po II wojnie światowej przesiedleni zostali na teren powiatu namysłowskiego. Prywatnie miłośnik i kolekcjoner wszystkiego co związane jest z Huculszczyzną.
Kamil Boroń: W ramach realizacji projektu ”Historia może być cool – Namysłów we wspomnieniach mieszkańców”, przeprowadzamy rozmowę z Panem Arkadiuszem Oleksakiem.
K.B.: Mógłby się Pan przedstawić?
A.O.: Arkadiusz Oleksak, jestem pracownikiem namysłowskiej Izby Regionalnej.
Laura Sienkiewicz: Jest Pan autorem książki ”Moja droga”. Co skłoniło Pana do jej napisania?
A.O.: Sam pomysł narodził się kilka, a nawet kilkanaście lat temu, kiedy w naszym działającym w Namysłowie Towarzystwie Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich narodził się pomysł, żeby udokumentować wspomnienia ludzi, którzy przyjechali do Namysłowa z różnych stron przedwojennej II Rzeczypospolitej Polskiej, osiedlili się tutaj i mieszkają do tej pory. Są to bardzo ciekawe historie z tego względu, że tych ludzi jest już coraz mniej, są to ostatni żywi świadkowie tamtych czasów, tamtej historii. Oni odchodzą, każdego dnia jest ich coraz mniej, szczególnie dzisiaj w tych czasach i powstał pomysł, żeby ich losy zostały w pewny sposób utrwalone. Wybraliśmy taką metodę, żeby ich wspomnienia wydawać w biuletynie „Namysłowskie Spotkania Kresowe”, który ukazuje się od dwunastu lat, a w momencie, gdy uzbieraliśmy ich większą ilość, powstał pomysł, aby wydać je w formie tomików. Pierwszy tomik, który się ukazał, jest z osobą pewnie bardzo znaną w Namysłowie, z Panem Jarosławem Iwanyszczukiem, który urodził się na Kresach, praktycznie nad samą granicą ze Związkiem Radzieckim w Boszczowie. Wychowywał się w Zaleszczykach znanym na pewno wszystkim z historii. Natomiast następne wspomnienia, kolejne, które się ukazywały, zawarliśmy w pierwszej części takiego tomiku, gdzie zamieszczone są rozmowy z sześcioma osobami też znanymi tutaj w Namysłowie.
K.B.: Jakie były najciekawsze informacje, których dowiedział się Pan podczas pracy nad książką?
A.O.: Ze względu na to, że przebywam w środowisku tych starszych osób, które przyjechały właśnie z tamtych terenów, a na spotkaniach, które są organizowane w ramach naszego towarzystwa, praktycznie przewija się jeden temat dotyczący dzieciństwa, spędzonego tam, na Kresach, we Lwowie, w Stanisławowie, w Starym Opolu czy Płucku. Byłem zresztą z historią tych osób dobrze obeznany, to właśnie skłoniło mnie, aby coś takiego robić. Każda taka rozmowa to jest wspomnienie, przytoczenie jakiegoś ciekawego zdarzenia z historii Polski, ale nie tylko. Także zawarte jest bardzo dużo osobistych wspomnień i takich ciekawych wydarzeń, które nieraz trudno byłoby wyreżyserować. Na przykład Pani Danuta Wybranowska, którą też wiele osób zna w Namysłowie, przekazała taką historię związaną z tym widelczykiem. Na pierwszy rzut oka jest to oczywiście zwykły widelec zastawy stołowej, ale dla niej jest to historia bardzo ważna, ponieważ jej dziadek przed wojną był w Samborze, koło Lwowa naczelnikiem sądu. Wybudował tam wielką willę, w której dzisiaj mieści się szpital Gruźliczy. Ona, kiedy pojechała tam podczas jednego ze swoich wyjazdów, spotkań z lat 90-tych chodząc po parku, wokół tej willi oglądając ten dom w pewnym momencie podeszła do niej taka starsza Ukrainka i zapytała ją, co ona tutaj robi. Powiedziała, że ten dom należał do jej dziadka, że ona w 30-tym roku spędzała tutaj wakacje i przyjechała go obejrzeć. Ta Ukrainka poprosiła ją, żeby chwilę poczekała, poszła do domu i przyniosła taki widelczyk. Przekazała i powiedziała, że przed wojną była służącą jej dziadka i widelczyk pochodzi z jego zastawy stołowej. Na dowód pokazała, że jest na tym widelcu monogram jej dziadka i nad nim korona, czyli oświadczenie, że to jest z rodu szlacheckiego. Inny przykład to Pani Barbara Sznura, ponieważ też jest to bardzo ciekawa historia, bo brat jej taty za obronę Lwowa w 1918 roku, Antoś Petrykiewicz został odznaczony krzyżem Virtuti Militari, odznaczył go osobiście marszałek Piłsudski i jest to do tej pory najmłodsza osoba w Polsce, która posiada krzyż Virtuti Militari. Z kolei mam przykład z rozmowy z księdzem Kurconiem, przytoczył on taki fragment, ciekawostkę, że kiedy płynął do swojego wujka, do Stanów Zjednoczonych statkiem Batory, a to był ostatni rejs Batorego na trasie z Polski do Nowego Yorku, odbywał go wspólnie z kapelanem generała Sikorskiego, tego właśnie generała Sikorskiego, i z nim wspólnie odprawiał ostatnią mszę na statku Batory. Z kolei Pani Helena Migdał, która mieszkała w Igłowicach była pierwszą osobą, która zgodziła się pokazać trumny swojej zamordowanej rodziny, najbliższej: brata i ojca, którzy zginęli z rąk UPA na Wołyniu. Była to pierwsza osoba, która przełamała takie tabu. Te osoby, które przyjeżdżały z Wołynia, spod Lwowa, przeszły traumę w swoim życiu, pewnie też z historii wiecie, ponieważ te historie pomiędzy Ukraińcami i Polakami są dosyć zagmatwane. Ona pierwsza zdecydowała się o tym otwarcie opowiedzieć, wyraziła zgodę na publikację tych swoich rodzinnych zdjęć, które do tej pory znajdowały się w szufladach. To był taki moment, kiedy ci ludzie naprawdę się otwarli i zobaczyli, że warto o tym mówić, szczególnie teraz w ostatnich latach ich życia, ponieważ jak ich braknie, to te historie też gdzieś zginą, gdzieś w szufladach, na strychach, w piwnicach, a na pewno chcielibyśmy, aby tych historii zachowało się jak najwięcej, ponieważ każda taka rozmowa kończy się wspomnieniami o Namysłowie, pierwszych latach powojennego Namysłowa. Jak tu przyjeżdżali, jak wyglądała ich podróż w tych wagonach, jak szukali sobie domów w Namysłowie, jak je zajmowali, gdzie się uczyli, gdzie poznali swoich małżonków, gdzie chodzili do szkoły. Wszędzie tam przewijają się nazwiska, o których w Namysłowie się zapomina.
L.S.: Czy coś Pana zaskoczyło podczas tych rozmów?
A.O.: Powiem tak, że nie wszyscy chętnie wracają do tych wspomnień, nie wszyscy chcą rozmawiać, około czterdziestu osób odmówiło. Zaskoczyło mnie, że od tamtych lat minęło ponad siedemdziesiąt lat i, że ludzie dalej nie chcą o tym rozmawiać, o tym, co tam przeżyli. Jest na przykład taka Pani, która nie zgodziła się rozmawiać, ponieważ to ją tyle kosztuje, że po tej rozmowie nie spałaby trzy noce, a jest po dwóch zawałach i po prostu nie jest już w stanie o tym mówić. Zaskoczyły mnie też inne rzeczy, to ile przedmiotów przywiezionych w tamtych czasach zachowało się w namysłowskich domach. Może nie tyle, co w domach, a w piwnicach i na strychach i dopiero te rozmowy motywują te osoby, aby pójść poszukać, wyciągnąć te szpargały, które do tej pory wydawały się nieprzydatne albo odkurzyć te przedmioty i przynieść je do nas do muzeum. Może te kilka rzeczy bym wam pokazał. Od takich wydawałoby się najdrobniejszych. To są binokle przywiezione z Wilna po drugiej wojnie światowej po pradziadku. Niby taka drobna rzecz, ale ma ogromną wartość sentymentalną. Inną rzeczą jest zapalniczka, którą wykonał dziadek jednego z rozmówcy i ona jest zrobiona z łuski karabinowej i był taki czas, w którym trudno było o zapałki, powstało nawet takie powiedzenie, podzielić zapałkę na czworo, dlatego konstruowano takie zapalniczki i przemycano kamienie do zapalniczek, na tym wielu ludzi się dorobiło. Przekazała Pani na przykład zapaskę, niby taka zwykła zapaska, przywieziona z Rudej koło Lwowa, ale inaczej się na nią spojrzy, kiedy pani powie, że hafty robiła jej prababcia i to na początku XX-tego wieku. Tak samo jej chusta, którą prababcia nosiła, którą zakładało się na ramiona, też jest oryginalna i przywieziona stamtąd. Trafiały się też żarna, czy też kołowrotki, ale to jest dosyć ciężkie do pokazania, albo na przykład waga szalkowa wykonana we Lwowie w ‘36 roku, która też spoczywała sobie w piwnicy gdzieś, a jest ona do tej pory sprawna. Najciekawszą rzeczą jaką wam chciałem pokazać to jest nabytek z ostatnich dni i tego jeszcze nikt nie widział. Rozmawiałem z panią, której mąż spędził pięć lat na Syberii, tam zmarł. Jego ojciec został wywieziony razem z rodzicami z Wilna, gdy miał czternaście lat i oni przechowali u siebie spodnie w których chodził ich tato, które mama własnoręcznie robiła. Inaczej odbieramy historię, kiedy o niej opowiadamy, a inaczej, gdy możemy jej dotknąć. Te spodnie są pozszywane z różnych kawałków szmat. Zachowała się jedna nogawka, ponieważ nie lubią wspominać o Syberii i mama próbowała te spodnie spalić. Spaliła na szczęście tylko połowę. Opowiadała w jaki sposób te spodnie powstawały. Otóż naszywano łatkę na łatkę, jakieś kawałki skór zwierzęcych dawano tam, gdzie był najmniejszy otworek, gdzie mogło wiać czy mróz mógł dostawać się pod ubranie. Natomiast z Wołynia gdzie mieszkali, rodzina przesyłała im paczki żywnościowe. Do paczek, których wysłano dwadzieścia cztery, doszło około cztery. Do paczek wkładali między innymi płótna i po wojnie, gdy przyjechali już do Namysłowa właśnie do tego brata, który tu mieszkał, który tu przyjechał i on zapytał siostry, czy dostawała od niego paczki, bo tam wkładał płótno. Okazało się, że to płótno się z tych paczek zachowało. To są te białe łaty, które zostały naszyte, to są z tego płótna, które on im wysyłał. Natomiast te nici którymi tutaj widać są pozszywane te łatki, to robili w ten sposób, że na stepie rwali dzikie konopie, z nich wytwarzali same nici. Natomiast igły do zszywania tego robiono z ości ryb złapanych w Obie, ponieważ byli nad rzeką Ob. No i taka rzecz przetrwała do naszych czasów. Jest to pierwsza okazja, by dzisiaj je w Namysłowie pokazać, zaprezentować. Myślę, że z czasem trafią one do naszego muzeum, tak by, jak największa rzesza Namysłowian mogła je zobaczyć.
K.B.: Jest Pan także autorem artykułu o dziejach obrazów Drogi Krzyżowej zamieszczonego w ostatnim wydaniu Namysłowskiego Kuriera Lokalnego. Skąd wziął się pomysł, na napisanie czegoś takiego?
A.O.: Właśnie też jest to historia z ostatnich miesięcy. Dowiedziałem się o tym przypadkowo, chociaż osobę, która jest uwikłana w powstanie tych obrazów, znam już dziesięć lat. Otóż wszystko zaczęło się od tego, że przez jedenaście lat do Namysłowa przyjeżdżały zawsze latem dzieci ze Lwowa z Centrum Twórczości Dzieci i Młodzieży Galicji. Może niektórzy z was byli na koncertach, które odbywały się pod ratuszem, za każdym razem ich pobyt kończył się takim występem w czasie jarmarku kresowego i dyrektorem tego centrum twórczości jest Pan Jarosław Łeskiw i okazało się, że część jego rodziny po wojnie wyjechała z Mikołajowa pod Lwowem i osiadła w Namysłowie. Oczywiście te kontakty przez wiele lat były utrzymywane, bo były to rodziny bardzo bliskie, ponieważ kuzynki miały wspólne mamy. Tato mieszka do tej pory w Namysłowie na ulicy 1-ego Maja. W jaki sposób doszło do porozumienia z księdzem Aleksandrem Matyką, że jedną z mieszkanek Mikołajowa zatrudnił u siebie na plebani w Namysłowie jako swoją gosposię. Ona tutaj przez dwa lata pracowała, wyjechała stąd bodajże siedem lat temu. Ta kuzynka, która przyjeżdżała tu z kolei do swojej kuzynki, w rozmowie z księdzem Matyką zasugerowała mu coś takiego, że jej syn skończył Akademię Sztuk Pięknych we Lwowie, robi ikony na Ukrainie, konserwuje zabytkowe kościoły, ma wszelkie certyfikaty i uprawnienia i ksiądz Matyka wpadł na pomysł, czy mógłby namalować stacje drogi krzyżowej. Pierwotnie nie dla Namysłowa, a dla domu starców, który był kiedyś koło zajezdni PKS-u. On wyraził na to zgodę, a że pracowali w tym czasie zarobkowo niedaleko Strzegomia, tam wykonywał takie portrety nagrobne w granicie. Zgodził się przyjechać do Namysłowa, by omówić tę sprawę. Ksiądz Matyka jego i jego kolegę artystę zabrał do kościoła św. Idziego we Wrocławiu i tam pokazał im jakie konkretnie chciałby, żeby te obrazy były. Z tym, że oni w czasie tej rozmowy, zwrócili uwagę na taką rzecz, że stacja, na której jest ukrzyżowany Jezus, jest wymalowana w rycie prawosławnym, to taka ciekawostka. W rycie prawosławnym Pan Jezus został ukrzyżowany nie trzema a czterema gwoździami, ponieważ każda noga jest przybita osobno. Wtedy ksiądz Matyka zadecydował, że mają ten obraz poprawić i tam ma być ukrzyżowany tak jak w naszej religii. No i te obrazy zostały przez nich namalowane w ciągu dwóch tygodni i zdarzyła się taka bardzo ciekawa historia, jak rozmawiałem z autorem tych obrazów, który już teraz mieszka na Ukrainie, że jadąc do Namysłowa z tymi obrazami, a było to wiosną, kiedy padał deszcz, to pod Oleśnicą miał miejsce duży karambol, w którym zderzyło się kilkanaście samochodów. Oni byli w środku i okazało się, że nikomu nic się nie stało i samochód jest nieuszkodzony. Pierwszy na to zwrócił uwagę policjant, który przyszedł spytać, czy nikomu nic się nie stało. Obszedł samochód dookoła, zobaczył, że samochód jest cały i powiedział, że to musi być cud. Po przyjeździe on potwierdził, że faktycznie w opiekę wzięła ich ta Droga Krzyżowa i on też uznaje to za cud, tym bardziej że on się cały czas modlił, żeby doszło do przewiezienia tych obrazów do Namysłowa. Suma summarum nie zostały one umieszczone w domu starców, a trafiły do Kościoła na Starym Mieście i tam są do dzisiaj.
L.S.: Jak Pan uważa – Czy Namysłów może być ciekawym miejscem dla turystów w tych czasach?
A.O.: Na pewno. Zresztą to widać po ilości turystów. Pewnie, że nigdy nie będziemy się mogli porównywać do Krakowa, Wrocławia, czy innych dużych miast, ale nie mamy się czego wstydzić. Możemy się wieloma rzeczami pochwalić. To na pewno Pani Kawecka też wcześniej opowiadała o murach obronnych, o młynie, o baszcie, o historii browaru, o ratuszu, o zabytkowych kamienicach w rynku, gdzie każda ma swoją ciekawą historię. Jest tu naprawdę co oglądać i za każdym razem to powtarzam, że zawsze zapraszam turystów do Namysłowa i że pokażemy to, czym możemy się pochwalić.
Kamila Jaruga: Dziękujemy za spotkanie. Było to dla nas niezwykłe doświadczenie – mogliśmy nie tylko posłuchać o historii, ale przede wszystkim jej dotknąć.
A.O.: Dziękuję.